fbpx

Jak przetrwać W ZWIĄZKU?

Mówi się, że psycholodzy to najgorzej rozpuszczone dzieci mają (bezstresowe wychowanie, psycho-podchody i tym podobne). Mówi się też w świecie szerokim, że z psychologiem małżeństwo to sprawa przegrana, że trzeba mieć nerwy ze stali i twarde cztery litery, żeby choć parę lat przetrwać taką gehennę. No i wszem, i wobec także wiadomo, że jeśli ktoś w ogóle na taki pomysł wpadł, żeby się psychologią zajmować, to musi być z nim coś nie tak (i to już w momencie wyboru kierunku studiów). I czy jest w tym tylko doza, czy większa doza prawdy? Hmm…Popsychologizowałam się trochę w moim 30-letnim (prawie!) życiu i dalej się psychologizuje; pokarierowałam się trochę po korpo przeróżnych i już się nie karieruję. Korpo świat nie dla mnie; choć były czasy, że takie psycho-motywacjo-korpo-projekty znajdowały się w kręgu moich zainteresowań .Korpo łady, koro niełady korpo mentoringi, rozwój, samorealizacje (boże broń!), projekty, zaangażowanie i przywództwo…o bosz, to już nie moja bajka. Wracając do sedna tematu i biorąc po uwagę moje psycho i kołczo😉 doświadczonka , jest mi trochę łatwiej ( aczkolwiek nie łatwo), odpowiedzieć na pytanie jak przetrwać małżeństwo z psychologiem (i rodziny tworzenia cały proces , o to to!).

 

KATEGORIA: Mąż

Ten wpis powstał z okazji naszej jedenastej rocznicy🙂 Nie jest to może rekord Guinnessa, ale świadczy o tym, że potrafimy ze sobą współpracować i mimo upływu czasu, zmieniających się okoliczności czy niepowodzeń TRWAMY.

Czy psychologizuje mego Mężu ( czytaj: mentoruję, testuję teorie psychologiczne znane i własne, świat objaśniam mojemu Mężowi w nurcie psycho-wiedzy; z jego przyzwoleniem lub nie)? W niektórych kwestiach: No jacha, że tak! Są natomiast pola w których się powstrzymuje. Więc co po tych 11 (yea!!) latach psychologizowania wspólnie wypracowaliśmy:

Weź się pokłóć

Tak, tak! Bo kłócenie się to sztuka jest nie mała, i trzeba się jej nauczyć. A tfuu… Co ja piszę za głupoty, właściwe to trzeba się jej uczyć, ciągle, przez całe życie tę magiczną umiejętność doskonalić. My kłócimy się całkiem wprawnie🙂. Dopasowaliśmy się do siebie, każdy coś od drugiego ze stylu kłócenia zapożyczył. Mężu przejął ode mnie “moim zdaniem”. Bo ja, jak się kłócę, to zawsze “moim zdaniem”, żeby potem nie było. No i za wszechwiedzącą też się nie uznaje, a względność rzeczywistości nakazuje mi rozpoczynać od “Moim zdaniem”. I Mężu podkradł to, zachęcany oczywiście swoimi sposobami. Ja natomiast przejęłam od niego strategię “just in time”. Nie wypominam, nie gromadzę złych wspomnień, nie przechowuje uraz. Mówię o tym co mi się nie podoba tu i teraz, nie czekam aż się nazbiera. Kiedyś tak robiłam, mając dobre zamiary , przysięgam.

Kobitki, ja myślę, że duża część z nas tak ma, że trochę przemilczymy sytuacje, które nas denerwują – a to żeby miłego wieczoru nie psuć, a to że taka ta nasza połówka zmęczona, a to nie przy znajomych. A potem, w chwili słabości, strzelamy serie jak z kałasznikowa i co wychodzi… No, że te kobiety to takie marudne, i takie pamiętliwe, że tak urazę trzymają i potrafią wypomnieć co biedny chłop zrobił 3 lata temu, w grudniu o 16 45. I zacytujemy mu jeszcze dokładnie co powiedział. Przypomni nam się do tego jeszcze kilka spraw innych, powiązanych lub nie, ale przemilczanych, które nas bolą do dziś. Tak się właśnie nie robi! Nie dziw się potem biedakowi😉, że reaguje agresją jak nie posprzątał tylko, a dostaje gromy za 3 lata, za całą swoją rodzinę i za ojcowskie umiejętności. Powiem Ci tak: chrzanić spokojny wieczór, chrzanić zmęczonego chłopa i że sąsiedzi usłyszą! Mów co Ci leży na sercu tu i teraz. Wyrzuć to z Siebie, będzie ci lżej na serduchu! Tak to sztukę kłócenia widzę ja:)

Weź stań obok siebie

No, kłótnie to by nie były dobre, gdyby do zgody później nie dochodziło. A żeby się tak działo, należy opanować sztukę przebaczania. Przebaczanie wcale łatwe nie jest, bardzo często wymaga od nas umiejętności, którą w psycho-mowie nazywamy wglądem.

Bo widzisz, każdy z nas postrzega świat ze swojej perspektywy, przez pryzmat naszych pragnień i lęków. Będąc tylko w tej perspektywie osadzonym (a tam jest milutko i cieplutko, i najlepiej nam; wszyscy się mylą, my mamy rację, ale fajowsko😉) nie dostrzeżemy pragnień i potrzeb drugiej osoby, nie zrozumiemy jej motywów. Takie patrzenie na świat tylko zza swojego kawała podłogi nie pozwala nam na zrozumienie, przyznanie taryfy ulgowej i przebaczenie.

Weź się przytul, co środę o 20:25

W moc rytuałów wierzę jak w nie wiem co. Rytuału pomogły mi z bezsennością, pomogły ze zdrowym odżywianiem, pomogły uporządkować sowi chaotyczno-kreatywny umysł i wzięły go w ryzy porządku. A rytuały w małżeństwie to dla mnie świętość. Rytuał czasu razem. I wcale nie żartuje z tym określeniem dni i godziny. Od wielu lat forsowałam zasadę 1 randka tygodniowo. Forsowałam uparcie i wytrwale, mimo oporu połóweczki. A tak przeforsował, że Mężu sam się teraz dopomina o cotygodniową randkę. Rutyna- cuda czyni!

Czas dla siebie to must have tego sezonu i wszystkich następnych. I serio, zaplanuj to- inaczej nigdy się nie uda, zawsze będzie coś do zrobienia, kuchnia do ogarnięcia, majtek prasowanie i aerobik na kuchennej szmacie. Zaplanuj częstotliwość, określ czas, rodzaj, czy wychodzicie czy nie ( opcja z Nie jest dla wprawionych🙂), kto wybiera, kto organizuje, ile czasu macie. Nie romantyczne? No tak, szmata w kuchni jest romantyczniejsza.

Jeśli potraficie inaczej- szacun i poważanie. Nam, nawet tylko we dwójkę bywało nie raz ciężko, przez nawał pracy zawodowej i częste wyjazdy Męża mego. Więc określam, planuje, wiem, kiedy wiem co…i idę do kina🙂. Że niby romantyczne chwile dla siebie to powinny być spontaniczne, i mężczyzna powinien zaproponować, że Cię gdzieś zabierze w piątkowy wieczór (i opiekunkę załatwi)….Aha, a Twój książę na białym koniu to już jedzie?

Planujesz zakupy, sprzątnie, lekcje z dziećmi…Zaplanuj czas dla Was dwojga, być może to najważniejszy plan jaki zrobisz w tym tygodniu.

 

Weź sprawiedliwości nie szukaj

Bo i nie znajdziesz. Czasami mamy oczekiwania, wymagania wobec rzeczywistości. Tak nas wychowano, w takim kręgu się obracaliśmy, takie style zapożyczaliśmy. I przez nie cierpimy. Mówię o przekonaniu, że na tym świecie, w naszym ziemskim życiu, zaznamy sprawiedliwości, zarówno w ważnych, życiowych kwestiach (skończyłem dobre studia- powinienem mieć dobrą pracę), czy mniej ważnych, ale też życiowych (przygotowałam dla nas kolację, więc On nie powinien pracować w weekend) .

A szukanie sprawiedliwości w związku jest chyba najgorszą pułapką w jaką możemy wpaść. Zamiast utyskiwania na złośliwość losu i czekania na uczciwe czasy, możemy zacząć naukę sztuki akceptacji.

Bo akceptować trzeba: to czego nie damy rady zmienić, to czego nie możemy, bo skrzywdzilibyśmy innych, to czego zmienić nie potrafimy. Mogę się wściekać, że, ze względu na częste wyjazdy mojego Męża, jestem przez większość czasu sama w domu z malutkim dzieckiem. Mogę…Ale co mi to da?

Ideały nie istnieją

Choć przez pierwsze pół roku wydaje się że to jednak prawda, że spotykałyśmy mężczyznę idealnego. Ale nie, tu bach…Rozczarowanie i kolejne, i kolejne, i setki kolejnych. Bo nic z tego nie będzie bez AKCEPTACJI wad partnera, bez CZASU poświęcanego sobie RUTYNOWO, bez KŁÓTNI i bez WYBACZANIA.

KATEGORIA: Dziecko

Kategoria Dziecko jest przed kategorią Pies ze względu na rangę dziecka. Nie ze względu na psychologizację obiektu (😉) bo tu pies wiedzie prym, z uwagi na czas przebywania w jednostce(😉 3 lata vs 8 miesięcy). Więc Misiaka naszego nie zaczęłam jeszcze świadomie psychologizować. Wszystko w tym temacie jeszcze przede mną i konkretnych planów nie mam, tylko mgliste (aczkolwiek podstawowe) założenia.

Wiem, że nie chcę koniecznie, żeby moje dziecko miało 5 i 6 w szkole (4 ewentualnie), zamiast tego pragnę, żeby chciało się uczyć nowych rzeczy z samej radości uczenia i poznawania. Nie chcę, żeby było grzeczne i ułożone ze strachu przed karą, ale żeby było miłym i dobrym dla ludzi człowiekiem. Chcę tłumaczyć, dlaczego i co za tym stoi. Jakiś czas temu Mężu zaczął się zastanawiać, kim mały będzie w przyszłości, jaki będzie miał zawód. Ja nic nie zakładam, zwłaszcza, że zawód jaki będzie wykonywał za te 20 lat być może teraz nawet nie istnieje🙂.

Tak to sobie teraz czuję i myślę o tym skomplikowanym procesie jakim jest wychowanie młodego człowieka, który ma mieć pozytywny wkład w społeczeństwo. Wiem, wiem.. Zmieni mi się, życie zweryfikuje, itp.. Ale taki chytry plan mam🙂. Jak Mały przetrwa? Zobaczymy🙂.

KATEGORIA: Pies

O, kategoria rzeka. Najbardziej przepsychologizowany członek familii. Dostał się do nas po traumatycznych wydarzeniach, bity, zagłodzony, z nosówką – nie wiadomo było czy przeżyje. Biedne szczenię, co bało się szynki (😛). Kika, nasza najpiękniejsza księżniczka😛.

Na naukę wszelką odporna- od nauki jedzenia w misce , po siusiu i dwójkę na dworze, przez spanie z nami na łóżku.., i wszystkie inne złe rzeczy, na które pies wpaść może. Powiecie, że no każdy pies tak ma, a przynajmniej większość. Ale sprawa jest taka, że księżniczka była tak przerażona, że nie zdolna do nauki. Wyobrażacie sobie pieska który nie kuma siusiu na dworze przez pół roku? Od ponad pół roku przewijam mojego synka i to pikuś w porównaniu z tamtym horrorem. Więc wszystko spokojnie, sposobem, miłością, cierpliwością…choć już jej nie miałam, ale się starałam. Opłaciło się, w każdym razie, bo mam teraz niestrudzonego obrońcę, wojownika rodziny i przyjaciela🙂 Przed nami cały czas etap adaptacji Pies VS Mały, ale o tym w kolejnym wpisie.

Pies, co nie umie pozować

 

Spodobał Ci się wpis? Śledź mnie na Instagramie i Facebooku

Brak komentarzy

Napisz komentarz